Cytomegalia i moje dziecko 2

blog

Cytomegalia i moje dziecko 2

Przychylając się do prośby komentujących czytelników, pragnę opisać dalsze losy chłopca, o którym jest ten artykuł. (Cytomegalia cz.1)

Syn ma aktualnie lat 15 i chodzi do klasy drugiej gimnazjum.

Gimnazjum wybierał sobie sobie sam, mając świadectwo z czerwonym paskiem co świadczy o niezłej średniej…

 

Ta średnia właśnie go trochę ratuje, bo gdziekolwiek pójdziemy, pierwszym pytaniem jest, jak się uczy?
Tym „gdziekolwiek” są lekarze różnej specjalności, których mieliśmy ostatnio okazję odwiedzić. Najpierw poszliśmy do neurologa. Od lat walczymy z wiotkością mięśni od pasa w górę.

 

Ćwiczenia, badania, lekarze…

Gimnastyka korekcyjna dwa razy w tygodniu i basen tyleż samo, w lecie rower. Wciąż jest wiotki i tak chyba pozostanie do końca jego życia, człowiek guma. Do neurologa to właściwie poszliśmy ze względu na bóle głowy, które go męczyły. Z gabinetu zaś wyszliśmy ze skierowaniem do genetyka, laryngologa,endokrynologa i na rehabilitację.

Rehabilitacja jako taka w zakładzie odpadła, z powodu braku wskazań… czegoś takiego nie ćwiczą, dają ćwiczenia na kartce. Podziękowałam, takie ćwiczenia to on ma dwa razy w tygodniu.

Endokrynolog, kazała go nieco odchudzić i sprowadzić jądro, które przestało już wracać na dół i zawisło w pachwinie, co uczyniliśmy. Jeśli dalej będzie miał opóźnione dojrzewanie, położy go w szpitalu w celu zbadania poziomu hormonów.
Laryngolog nic nie znalazła.

Genetyczka… spojrzała na niego i stwierdziła, że sprawdzimy kariotyp bo rysy twarzy mogą wskazywać na zespół wad bliżej nie określony. Powodem był jego płaski nos, którego chrząstka się nie wykształciła do końca, przez co powstały takie fałdki nakątne przy gałkach ocznych. To właśnie te fałdki widział neurolog i zawyrokował zespołem wad. Totalny nonsens, badania genetyczne nic nie wykazały, wszystko jest w porządku.

A genetyczce tak się spodobał, że postanowiła ująć go w swojej pracy naukowej.

 

Syn jest normalnym dzieckiem

Cytomegalia nie wyrządziła szkód jakimi straszyli lekarze.

Miał nie chodzić a chodzi, miał mieć problemy z nauką, a nie ma. Chyba właśnie tego obawiają się rodzice najbardziej. Boją się dziecka upośledzonego. Pocieszam zatem wszystkich rodziców, nie należy wszystkiego co mówią lekarze brać za pewnik i walczyć o swoje dziecko.

Jedyny problem jaki istnieje to mała zaradność życiowa. Podejrzewam, że winna tego stanu jestem ja sama. Ciągle na niego chuchałam i dmuchałam, aby tylko nic mu się nie stało. Nie wchodził gdzieś bo spadnie, nie ruszał bo się skaleczy albo oparzy. Nie pchałam do dzieci bo jeszcze mu coś zrobią.

Trzeba było wciskać go ojcu zawsze i wszędzie, bo nie od dzisiaj wiadomo, że ojcowie właśnie uczą dziecko odwagi w poznawaniu świata, co my matki nazywamy brakiem przewidywania konsekwencji. W owym czasie sam ojciec się bał uszkodzenia małego no i mojej reakcji.

Teraz wiem, że dziecko jest zdrowe gdy my je zdrowo traktujemy, z perspektywy czasu, teraz chowałbym inaczej – mniej bojaźliwie.

Autor: Mamuśka

Dodaj komentarz

%d bloggers like this: